sobota, 30 marca 2013

Sztuka Prostoty, czyli Zen w życiu codziennym

Mija 58. dzień lutego, czy jak kto woli 120sty dzień zimy...
Kalendarzowo mamy 89. dzień roku i zarazem mój 89ty dzień wolności od jedzenia.
W czasie tych trzech miesięcy straciłam prawie 7kg. Ot tak, bez diety.
Nauczyłam się czegoś, co nazwane słowami zostało przez Dominique Loreau w jej pierwszej książce - SZTUKA PROSTOTY, którą notabene przeczytałam dopiero kilka dni temu.

Nauczyłam się rozróżniać rodzaje głodu, a później, co naturalne z czasem, mój organizm nauczył się tego sam, bez pomocy myśli i chwili zastanowienia. Są dwa rodzaje głodu - psychiczny -ten, który czujemy, gdy w grę wchodzą emocje - nagradzamy się jedzeniem, pocieszamy, czy wręcz topimy w nim smutki. Jemy przez stres, albo zwyczajnie z nudów. Przez niego tyjemy, jesteśmy ociężałe, mamy wyrzuty sumienia i bolące z przejedzenia brzuchy. Skutkiem poddawania się przeróżnym zachciankom naszego umysłu jest koniec końców wyrzucanie sporej ilości jedzenia, podczas gdy większość świata głoduje. Nie wspominając o tym, co myśli na ten temat Twój portfel...
W dalekowschodniej kulturze większość problemów zachodu jest ludziom obca.
Kładzie się tam nacisk na dużą dyscyplinę psychiczną i powtarzalność, która ma za zadanie wprowadzić w nasze życie zupełnie inne rytuały codzienności, z ogromną, jak się okazuje, korzyścią dla nas samych.

Drugi rodzaj głodu, to ten prawdziwy, o którym organizm zawsze daje nam znać w odpowiednim momencie. Nauczmy się więc czuć tylko ten drugi rodzaj i bądźmy wolni od wielu przypadłości zachodu, choćby chorób wynikających z otyłości i jedzenia czego popadnie.

"Odkryłam" to w sobie, choć nie umiałam nazwać, tuż przed końcem ubiegłego roku. Kto czytuje czasem bloga, wie, że skakałam z diety na dietę, usilnie próbując zgubić ogon od 50tki, który co chwilę był a to krótszy, a to dłuższy, bo powstrzymując się od kompulsywnego objadania wytrzymywałam góra dwa tygodnie. I stało się bliżej nieokreślone "coś", co kazało mi przerwać pępowinę łączącą mnie z lodówką. Kupiłam zdrowe produkty i starałam się celebrować każdy posiłek. Wizualizować, jak witaminy ze zdrowego pożywienia nadają mi jakiegoś wewnętrznego blasku, jak wypychają z organizmu przez lata nagromadzone toksyny (i cellulit ;). Jak się okazuje, wizualizacja, w każdej dziedzinie życia jest bardzo ważna, ale do tego, wprowadzi Was już książka, którą bardzo, bardzo gorąco polecam...

Zanim rozepchnięty nienaturalnymi porcjami pożywienia żołądek skurczył się do właściwych mu rozmiarów, minęło kilka dni, kiedy to oczywiście podjadałam, ale tylko to, co było zdrowe i w miarę niskokaloryczne. Nie ukrywam, że bardzo pomocne było zajęcie, czysto fizyczne, męczące i regularne - codziennie po 7-8 godzin wywalałam do góry nogami kolejne kąty w domu i aranżowałam wszystko od nowa. Sprzątałam, wyrzucałam, segregowałam. Później zabrałam się za odnawianie mebli. Być może tej energii dostarczył mi nastawiony kręgosłup, być może poczucie, że staję się doskonalsza - vide nie mieszkam w lodówce, a być może fakt, że odzyskuję choć częściową kontrolę nad swoim życiem. Z biegiem czasu mój organizm przestał w ogóle czuć psychiczny głód. Wówczas raz w tygodniu, na ogół w weekend pozwalałam mu na nagrodę - zjedzenie np pizzy. Ważne, tego dnia jadłam np tylko pół pizzy i nic więcej. Zresztą na tym etapie, na którym jestem, pół pizzy zapycha mnie na 24 godziny, bo nie ma sposobu, żebym po dniu odpustu rano usiadła do śniadania.

Nie traktujmy naszego organizmu jak małego dziecka. Nie siadajmy o określonych porach do posiłku. Jedzmy wtedy, kiedy jesteśmy głodni i to, na co aktualnie mamy ochotę. Twój organizm sam wie najlepiej, czego potrzebuje. Zaufaj mu, gdy jednego dnia o godzinie 23 domaga się kompotu z jabłek, a drugiego w ogóle nie przewiduje śniadania. Oczywiście, że śniadanie jest ważne, ale to potrzeby naszego organizmu powinny decydować o tym, kiedy należy je zjeść. Człowiek, jak każda istota jest perfekcyjnym, samoregulującym się tworem. Jeśli przejesz się jednego dnia, to oczywiste, że drugiego pomyślisz o "czymś na ząb" dopiero o szesnastej. O wiele lepiej tak, niż wmusić w siebie w tym czasie już dwa posiłki, bo wypada... Reguły "jedz kolację ok 3 godzin przed snem " i "cukier powoduje jeszcze większy głód" obowiązują również na Dalekim Wschodzie.

Reasumując - niby dieta, a jednak masz poczucie wolności w jedzeniu. Paradoksalnie, większe niż w czasach, kiedy po obowiązkowym dwudaniowym obiedzie zjadałaś niedozwolone lody, które powodowały chwilowe szczęście, a później doła i wypatrywanie kolejnej fałdki.

W całej tej filozofii chodzi o to, byś do niczego się nie zmuszała. Ani do diety, ani do ćwiczeń fizycznych. To ma ci sprawiać radość, wypełniać dzień małymi rytuałami szczęścia i samodoskonalenia. I nie głódź się, po prostu nie jedz na wyrost. Nie spinaj się, że musisz schudnąć. Najlepiej w ogóle nie obieraj tego za cel, a wtedy przyjdzie samo - Jeśli uwolnisz się od uzależnienia.
Ponoć wykonywanie określonego ćwiczenia przez 28 dni powoduje wejście w nawyk. Ćwicz więc siłę swojej woli i przeświadczenie, że pokarm służy jedynie zaspokajaniu głodu.

Autorka SZTUKI PROSTOTY, w której jeden z rozdziałów poświęca opanowaniu i umiarowi w jedzeni wydała też SZTUKĘ UMIARU, która w całości traktuje o "diecie, ale nie diecie". Nie czytałam jej, bo już mnie ta bolączka dzisiejszych czasów nie dotyczy, ale wiele prozdrowotnych blogerek wypowiada się o niej w samych pozytywach, więc myślę, że warto poświęcić książce dwa wieczory. Tym bardziej, ze Dominique posiadła wiele mądrości wschodu i czuć w jej książce, że przeciętnej europejce daleko do takiej inteligencji...

Nie jest to moja recenzja książki, bo taka zapewne stałaby się stu stronicowym poematem pochwalnym... Jest to krótki opis jednego z czterech rozdziałów.

A ja i moja filozofia mamy na wadze już czwórkę z przodu :)




3 komentarze:

  1. o rety.. przecież z Ciebie teraz mega chudzinka wtedy jest!!

    OdpowiedzUsuń
  2. a mogę się spytać, ile masz wzrostu? : )

    OdpowiedzUsuń
  3. cztery z przodu to jest coś :)
    szczerze mówiąc też ostatnio się wzięłam za siebie i już od około dwóch tygodni udaje mi się jeść tylko wtedy gdy czuję burczenie w brzuchu :) wcześniej bardzo często jadłam coś tylko przez ten głód psychiczny, ale teraz bardziej staram się słuchać tego co mówi moje ciało :)
    co prawda na wadze mam dopiero -2kg, ale myślę, że spadnie jeszcze trochę :)

    OdpowiedzUsuń