sobota, 27 kwietnia 2013

Coco Chanel || Drzemią we mnie dwa żywioły ;)

Czy gdyby Mademoiselle Gabrielle Chanel żyła w dzisiejszych czasach, świat okrzyknąłby ją cwaniarą i utrzymanką bogatego starucha?

Audrey Tautou jako Gabrielle " Coco" Chanel


Zwykło się dziś mówić, że moralność upada, a obyczaje niepokojąco się rozluźniają... A jak było kiedyś?

Obejrzałam kilka miesięcy temu biografię Coco Chanel przedstawiającą tę część jej życiorysu, zanim stała się ikoną mody. Idealizując wcześniej tę postać i mając za damę z wyprasowaną koronką przy mankietach (kogoś na miarę Tissai De Vries), poczułam się lekko zniesmaczona.
Gabrielle była bardzo biedną dziewczyną, która wraz z siostrą mieszkała w jednym pokoiku i śpiewała wieczorami w knajpie. Jeśli pamięć mnie nie myli - sierotą. Dorabiała też przy poprawkach krawieckich.
Do owej knajpy zaglądał pewien młody, bogaty baron, który szybko upatrzył sobie jej siostrę, jako towarzyszkę mocno zakrapianych imprez. Rychło zakochali się w sobie, a siostra Coco wyjechała zamieszkać z baronem.
Gabrielle postanowiła w tym momencie udać się do pewnego władcy ziemskiego, który posiadał liczne konie wyścigowe, a który mimo umizgów w barze, w którym śpiewała, wydawał się jej nad wyraz obrzydliwy. I stary dla młodziutkiej Francuzki.
Coco zamieszkała w posiadłości ze służbą, jednak co noc musiała uiszczać swojemu panu zapłatę w jego sypialni, nie kryjąc przy tym zniechęcenia i obrzydzenia.
Czy dziś nie nazywamy tego "nowo powstałego zjawiska" sponsoringiem, tak popularnym wśród młodych studentek, które przyjechały do wielkiego miasta?
Gabrielle, nazywana przez swojego starszego "przyjaciela", Coco, mieszkała u niego, dopóki nie poznała pewnego młodego, przystojnego Brytyjczyka. Projektowała już wówczas sporadycznie kapelusze dla dam zakutych w gorsety i koronki. Boy, bo tak miał na imię jej wybranek serca nie mógł się jednak z nią ożenić, ponieważ miał zaplanowany ślub dla pozycji i pieniędzy z pewną brzydką, majętną damą. Nie przeszkodziło mu to jednak w otworzeniu dla Coco butiku w Paryżu i pokrywaniu wszelkich kosztów. Gabrielle projektowała stroje, a jej kochanek opłacał wszelkie rachunki. Trudno wywnioskować, jak szedł interes, jednak w momencie, gdy Coco życzy sobie kupna samochodu, Boy mówi, że pieniądze na jej koncie topnieją... W tak zwanym międzyczasie, Pan, z którym wcześniej pomieszkiwała w zamian za drobną, sypialnianą opłatę, oświadczył się jej, jednak ta oczywiście odmówiła, mimo, że również chciał zasponsorować jej działalność jako projektantki.
Coco żyje więc szczęśliwa w Paryżu, z po kryjomu dojeżdżającym do niej Boyem i nie martwi się niczym, tylko tworzy. Chadza do teatru z dawnym, starszym "przyjacielem" i w jednym z takich momentów dowiaduje się o śmiertelnym wypadku ukochanego.
Film nie mówi już nam, czy Gabrielle dalej korzysta z pomocy finansowej swojego "byłego". Skupia się na pracy, organizuje swój pierwszy pokaz już typowej, ponadczasowej dziś mody Chanel. I tu, w najciekawszym momencie film się urywa...

Coco miała niepodważalnie bardzo ciężkie i smutne życie. Po śmierci Boya nigdy nie wyszła za mąż. Jednak ta biografia, przynajmniej w moim odczuciu, rzuca cień na nieskazitelność, jaką możemy podziwiać na dawnych zdjęciach, w perłach i skromnym, acz wytwornym żakieciku. Czy Coco bez swojego sprytu i odrobiny farta stałaby się ikoną mody? Gdyby nie zamieszkała w posiadłości z końmi, gdyby nie poznała kochanka, który otworzył jej paryski butik? Czy jej geniusz zdołałby się wybić sam, bez żadnej pomocy osób z zewnątrz?




Zebrało mi się dziś na myślenie... może dlatego, że piszę ten post z przerwami cały dzień, a o Coco rozważałam już wczoraj w wannie. 

Również wczoraj zaczęłam liczyć, liczyć, w końcu na palcach niczym Jaskier układający wiersz... Zostało mi półtora roku do trzydziestki i co w związku z tym? Niby dorosłam...

Pod pewnymi względami nie zmieniłam się ani kapki, ale czym właściwie jest ta dorosłość i kto ma prawo ustalać jej normy?

Wybuchające niemowlaki na koncertach Rammsteina są dla mnie wspaniałym widowiskiem wartym swojej ceny, a całe ich występy formą doskonale przygotowanej sztuki. Sztuki, która nie boi się tego, co nie wypada, a jednocześnie nie próbuje szokować na siłę wieszając penisa na krzyżu, jak to zrobiła niegdyś jakaś polska rzeźbiarka. Najlepszą komedią, poza Love Actually jest dla mnie seria Jackassów. Najlepszymi reżyserami Rob Zombie i Quentin Tarantino. Oczywiście, że urzekła mnie ekranizacja Dumy i Uprzedzenia, ale nie pobije ona striptizerki z Mką zamiast nogi (Planet terror - R. Rodriguez). Nie muszę się zastanawiać, który z tych filmów kupię na Blu Rayu, którego estetykę będę podziwiać - zmutowany Bruce Willis z pęcherzami na twarzy, czy wybuchająca nagle głowa Naveena Andrewsa ...

Pastisz, satyra, groteska, absurd - w tych miejscach odnajduję się całkowicie. Kino klasy Z, psychopatyczni mordercy ze zniekształconymi twarzami (obejrzałam nawet Hatcheta, mimo, że była to najgorsza ze szmir)... Pamiętam moją reakcję na Egzorcyzmy Emily Rose. Wszyscy się bali, ja miałam uśmiech szeroki jak znikający kot z Alicji. Możecie być pewni, że jeśli obetnę sobie kiedyś przypadkiem palec - sfotografuję wszystko i wrzucę na Facebooka jeszcze przed wizytą w szpitalu... Bo jest to "fajne", właśnie w ten Jackassowy, społecznie niepoprawny sposób. Kiedyś myślałam, że nastolatki są mniej, lub bardziej szalone, a noszenie na szyi strzykawki ze swoją krwią - normalne w moich kręgach. Dzisiaj, u progu bycia "dojrzałą", nie jestem ani odrobinę poważniejsza. Nadal podobają mi się teledyski Bloodhound Gangu (mam mieszane uczucia co do Fire Water Burn, bo bardzo szanuję starsze osoby) i rozumiem jedynie absurdalny i sarkastyczny brytyjski humor.

Od walk łóżkowych mam wiecznie siniaki na nogach. Biegam po domu jak małe dziecko, wywracam się...  Dzień spędzam, jak to moje kochanie stwierdził - na wąchaniu kwiatków.
I to się nie zmienia... I nie chcę by się zmieniało.

A może to jest tak jak z Jaskrem? Miał czterdzieści, wyglądał na trzydzieści, mniemał o sobie, że ma dwadzieścia, a zachowywał się na mniej niż dziesięć...

W przeciwieństwie jednak do Jaskra, poza strojeniem się, nadal pamiętam, że haka wyprowadza się tak samo jak kopnięcie - z biodra, a dzięki moim chłopięcym niegdyś zainteresowaniom, po zrzuceniu tłuszczu, na światło dzienne wyglądają nieśmiało dawno temu nabyte mięśnie :) Nooo... bardzo nieśmiało, ale zawsze coś :)

Sweter - Zara
T-shirt - H&M
Pasek - Zara
Spodnie - Zara
Sandałki - Aldo
Torebka - Mohito
Okulary - Avon










Photos by POSH


8 komentarzy:

  1. piękna stylizacja ale Ty jesteś jeszcze piękniejsza

    OdpowiedzUsuń
  2. Też oglądałam ten film, uwielbiam Coco Chanel i myślę, że jej geniusz zdołałby wybic się sam, nikt tak nie zmienił mody kobiecej jak ona ;D Lubię czytać posty z życia wzięte, więc ten mi się bardzo podoba. Świetna stylizacja ;)
    Pozdrawiam http://soclothe.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojejku :) ale piękna jesteś <33 Super look! Zapraszam do mnie na post :) czekam na Twoją opinię :) Pozdrawiam!
    PS obserwujemy?

    http://mowminessa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Tyle samo brakuje mi do 30stki. Też zachwycam się spektaklem jaki jest zawsze na koncertach Rammsteina. I ani trochę nie czuję się urażona wybuchającymi niemowlakami pomimo, że jestem sama matką. Nie mam zamiaru się zmieniać i niewiele mnie obchodzi to, że inni mogą mnie uważać osobę niedojrzałą. Nie mam zamiaru się zmieniać bo przekraczam jakiś wiek, bo tak trzeba czy zmienia się moja rola społeczna (zostanie matką). I to nie jest przerażające, że się nie zmieniamy. To jest piękne, że mimo wszystko zostajemy sobą.

    Pozdrawiam. Monia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpinam się, ja dalej uwielbiam kreskówki i czasem z moim 5latkiem szaleje na placu czy na rowerze na równi z nim. Jestem rocznik'85, ale mentalnie wole być dalej nastolatką i zajmować się tym co kocham, a nie tylko czym muszę:p

      Usuń
  5. Czytając Twój wpis ogarnął mnie jakiś sentyment do czasów nastoletnich,kiedy byłam bardziej szalona-w założeniu,że nastolatki właśnie takie są. Teraz mam już trzydziestkę i pamiętam,jak mając 29 lat stresowało mnie (absurdalnie to zabrzmi),że nigdy już nie będę mieć dwadzieścia coś lat i że coś się kończy bezpowrotnie. Miałam sporo egzystencjalnych przemyśleń,że może czegoś mi już nie wypada,że może powinnam się trochę zmienić etc. Po przekroczeniu trzydziestki nic się nie zmieniło, nadal odnajduję w sobie dziecko i nie mam dziwnych myśli związanych z moim wiekiem,a mąż nadal mówi, że jestem wariat.

    Co do filmu-biorąc pod uwagę jak rozwiązłe relacje łączyły większość bohaterów, (odniosłam wrażenie,że wszyscy sypiali ze wszystkimi) to trochę powątpiewam w to,że Coco odniosłaby sukces dzięki samej sobie. Myślę,że była tego świadoma,ale też na tyle sprytna,że wiedziała co może jej w tym pomóc ;).

    A Twoja stylizacja świetna,w romantycznym klimacie pasująca do ciepłego letniego wieczoru :).

    OdpowiedzUsuń