poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Keep Smiling

O Bogowie!
Od ośmiu godzin próbuję zalogować się na bloga.
Tak, wyczerpałam transfer. Tak, w ciągu tygodnia.
Regularny internet będę miała za dwa tygodnie, co oznacza mniej więcej tyle, że posprzątam mieszkanie, piwnicę, klatkę schodową, wykąpię psa, kota, psa sąsiadów, umyję podłogę na kolanach, wielokrotnie, codziennie, przeczytam wszystkie zaległe książki i gazety, przerobię materiał ze szkoły na rok do przodu, będę wychodzić z psem na wielogodzinne spacery, skończę robić przedpokój (czy też zacznę), a później... Usiądę przed monitorem i przez tydzień będę bezowocnie gapić się na stronę Facebooka. Ot tak, dla zniwelowania traumy. Mmm i obejrzę te wszystkie zaległe seriale... Zakopię się w łóżku z laptopem, obrosnę mieszanką kurzu i resztek jedzenia.
A wracając na ziemię...

Znajomi mówili: "Zobaczysz jaką poczujesz ulgę, kiedy się wyprowadzisz". Nie poczułam - zamiast kuchni miałam skład narzędzi, wiader z farbami i szpachlówką, worków z resztkami tynku i cementu. W pokoju kartony piętrzyły się po sufit, zostawiając tylko wąską dróżkę do niewykończonej łazienki z brudnym po remoncie kiblem. Moją traumę ratowało chyba tylko dziko wygodne łóżko z Ikei, na którym znajdowałam w końcu równowagę psychiczną (zasypiając). Pierwszych kilka dni czułam się jak na innej planecie, ale w miarę oswajania się z faktem, że jestem u siebie, wszystko zaczęło się zmieniać. Przepowiednia nabrała mocy.

Nagle okazało się, że mogę zarywać noce i buszować po domu o której tylko chcę. Nikt nie marudzi, żeby zgasić światło. Nikt nie powie mi, że to czy tamto mam robić inaczej - hej, jestem u siebie i mogę robić co chcę :) Nie ma tu drugiej osoby, która mnie oceni. Już nikt nie wtrąci się, że talerze nie odniesione do zlewu, a psia sierść wala się po podłodze, bo odkurzacz gryzie. Pierwszy raz w życiu poczułam "TĘ" wolność. W końcu coś stało się moje i tylko moje, a nie wspólne.

Urządzając mieszkanie nie musiałam liczyć się z nikim poza mną, więc są kwiaty i pluszowe misie. Kto wie, czy kiedykolwiek będę miała jeszcze szansę zrobić mieszkanie tylko dla siebie, bez opcji "samiec" ;) Znaczy samiec dobra rzecz, ale samemu też fajnie. Gorzej, kiedy spada na Ciebie wielki pająk i ucieka do szuflady, ale i z tym dziś dałam sobie radę. Remontując drugie mieszkanie w ciągu dwóch lat mogłam uniknąć powtórzenia wielu błędów. Podłoga za 150zł/m2 i za 37zł/m2 wygląda dokładnie tak samo, szafki do kuchni z wyprzedaży za 389zł nie różnią się wizualnie od tych za 25tys... Z tym, że te pierwsze można zmienić, kiedy tylko się znudzą, a drugie zdążą nas przeżyć, zanim się zepsują, a wyrzucić coś, za co zapłaciło się majątek - nierozsądnie. Ktoś, kto nie do końca potrafił zastosować to w praktyce, wpajał mi, że można mieć pieniądze, albo wydawać pieniądze. On ani nie wydawał, ani nie miał, ja po prostu lubię otaczać się wszystkim, co ładne. Drugie ważne hasło pochodzi od wielkich ludzi mody - strój tworzą dodatki. Biały T-shirt z H&Mu, jeansy, skórzane buty i torebka Chanel obronią się zawsze. Wieczorowa sukienka, tanie buty z wystającym klejem i krzywo uszyta torebka z eko skóry - nigdy. I tak tez moje nowe lokum ożyło dzięki dodatkom, które w większości zgromadziłam do poprzedniego domu. Utrzymane w podobnej tonacji nie męczą wzroku nawet, kiedy jest ich więcej. I tak łóżko z Ikei za 399zł dostało narzutę i poduszki warte dwa razy tyle, szafki z Biedronki za 389zł (Sic!) drewniane blaty, komoda z Jyska porcelanowe gałki w klimacie Vintage, a szafka TV z Ikei za 78zł tradycyjne, plecione kosze. W drewnie łatwo oszukać - zamiast dębu możemy kupić buk, czy bezsęczną sosnę w mikrowszczepie. Po zabejcowaniu wygląda świetnie, a sam mikrowszczep jest tani i bardzo efektowny. Zamiast tych wszystkich wybajerzonych zawiasów elektrycznych mam w szafach zwykłe uchwyty i ... są wygodniejsze od tego, co miałam wcześniej.

Odnoszę wrażenie, że jest wiele prawdy w stwierdzeniu, iż młodzi chcą mieć coraz więcej i budują coraz większe domy, biorąc coraz większe kredyty, by później, w miarę upływu czasu i nabierania zyciowej mądrości... przenieść się do mniejszych i docenić płynącą z tego wygodę. Nauczyć się, co jest tylko zbędnym, niepraktycznym, nie dającym szczęścia przepychem. Dziś, żeby wysprzątać na błysk mieszkanie, potrzebuję jednej, dwóch godzin. Kiedyś, żeby wychuchać 90 metrów przy psie, kocie i chłopie, potrzebowałam trzech dni...

I nigdy więcej otwartej kuchni! Aneks oddzielony wyspą i barkiem, tak, ale cała otwarta... to po prostu wyglądało źle. Małe mieszkanka mają swoje plusy, których nie dostrzegłabym nigdy, gdybym w takim nie zamieszkała. Wszystko, dosłownie wszystko, jest pod ręką.

 Jako minimalistka bardzo doceniam przeprowadzki. Pozwalają one, a w zasadzie zmuszają nas do rozstania się z wieloma gratami, które zalegają po strychach, pawlaczach i na dnie szafy. Bo jak niby miałabym wszystko, co zgromadziłam tam, zmieścić tutaj, na trzy razy mniejszej powierzchni? I nagle okazało się, że przez pierwszy tydzień wynosiłam po dwa wielkie wory śmieci dziennie. Co w nich było, tego nie wiedzą najstarsi górale, a ja tym bardziej.
I tak cały swój dobytek zmieściłam w dwóch niewielkich szafach i komodzie.

Kiedyś łapałam się za głowę dowiadując, że architekci w Tokio mieszkają w 30metrowych kawalerkach, że Carrie Bradshaw miała norę z łóżkiem, a mój znajomy obracający milionami - skromne mieszkanko w bloku. Dzisiaj to rozumiem.
Mówiłam wiele rzeczy, na przykład, że nie wyobrażam sobie przeprowadzki z mojego ukochanego osiedla domków. I nagle okazuje się, że do sklepu nie trzeba iść dwa kilometry, bo jest tuż za rogiem. Pięćset metrów dalej mam Carrefour, a po drodze pocztę i masę innych sklepów. Wychodzę z klatki i jestem otoczona zielenią, a nie nowiutką kostką brukową i pilnym wzrokiem znudzonego życiem ochroniarza. Wow, to... to tak można? I to za jedną szóstą ceny? A może człowiek po prostu bez trudu asymiluje się do każdych warunków i jestem jak ten Olaf, gdzie mnie nie posadzą, tam siędzę i się uśmiecham?

Kiedy się tu przenosiłam poczułam pewną bardzo ważną rzecz... Brak strachu. Tak naprawdę mogłabym stracić wszystko i dziś zaczynać od zera. Wszystko, na przykład w pożarze. Kiedyś czułam się niewolnikiem przedmiotów. Dziś... po prostu pojawiają się w moim życiu niczym przechodnie na ulicy. Jestem krok dalej, duży krok.


Ehhh próbowałam dodać zdjęcia mieszkania... niestety :(


POSH

14 komentarzy:

  1. Zgadzam się z tobą, tanie meble zawsze można podrasować pięknymi dodatkami. Drażni mnie ten pęd do metek, do markowych ciuchów, zwłaszcza, że wiem, iż rozlecą się tak samo jak te za 100 zł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozpadną czy nie... Na pewno znudzą się tak samo.

      Usuń
  2. Uwielbiam czytać Twoje posty!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana a co studiujesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam o psychologii, ale zagadnienia z tego tematu mogę odrobić w domu sama, więc zdecydowałam się na coaching, który chcę uzupełnić szkołą trenerską i kursami NLP.

      Usuń
  4. Czekam na foty kazdego miejsca w Twoim nowym gniazdku :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Paula niesamowita kobieto....bardzo mnie inspirujesz!

    Powiedź w jakim zawodzie pracujesz że dajesz radę się sama utrzymać ?

    Motywujesz mnie do działania swoją siłą, byłoby mi szalenie miło jakbyś odpisała

    pozdrawiam gorąco z zimnego miejsca na ziemi

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytam Twój post i łzy kapią mi na komputer... Paulino, nigdy, przenigdy nie poczułam takich emocji czytając... A może po kolei? Przeżyłam niemal to samo- związek trwający 7 lat (niestety, był ślub)- piękne, wymuskane, drogie mieszkanie, które musiałam opuścić... Niestety nie znalazłam jeszcze niczego swojego, mieszkam u brata... Czuje porażkę, i nie potrafiłam docenić żadnego mieszkania, które oglądałam. Poprzednie miało podziemny parking, taras, 110 m... a teraz? Stać mnie na klitkę w obsikanej klatce... Nie potrafiłam na to spojrzeć tak jak Ty- że to wolność, że to MOJE.
    Czułam tylko porażkę i ...wstyd :( Czułam tak, jakby był to upadek.
    A Ty tak po prostu napisałaś, że masz malutkie mieszkanko, szafki z biedronki i...JESTEŚ SZCZĘŚLIWA.
    Właśnie otwieram wino, i chyba czeka mnie najdłuższa noc w życiu- sama ze sobą, i zastanowienia się nad tym, czego chcę...Ps. Może ta rudera na parterze nie była taka zła? Cała ściana z okien, widok piękne jabłonie... A że tylko 40 m? Po co mi więcej? Miała piękne, masywne parapety...

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem jedno: cholernie wzruszający wpis. A za to jaki prawdziwy !!!!!!
    Najważniejsze, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi i dajesz radę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. a mnie się wydaje, że z Twoich postów bije straszny żal i smutek za starym mieszkaniem. Czego nie napiszesz to porównujesz do starego. Starasz się trochę "zaklinać" rzeczywistość. Nikt mi nie powie, że mieszkając w apartamencie, z poczuciem bezpieczeństwa i odrobiną luksusu z nieskrywaną chęcią i radością zamienimy to na tzw "wielką płytę" lub coś starszego. No sorry ale jak dla mnie sama siebie okłamujesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tego tak nie widzę. Porównuje bo dostrzegła plusy tych zmian. Żal zawsze jakiś będzie. W końcu jest człowiekiem nie robotem.
      Może życie w zamkniętej bańce jest dobre tylko do pewnego momentu. Tutaj bardziej doceni ten stan rzeczy, bo włożyła trud, swoje emocje w urządzanie się od zera. Twoje spostrzeżenia nie są trafne. Nie czytasz uważnie.

      Usuń
    2. Chyba normalne jest to, że człowiek porównuje: było dobrze jest gorzej. Wydaje mi się, że w poprzednie mieszkanie też włozyła swój trud, emocje i inwencję twórczą. Tylko życie i los bywają przewrotne i kiedy się spada z wysokiego poziomu na znacznie niższy to i dobiera się inne argumenty do tego aby tą rzeczywistość opisać w sposób atrakcyjny dla siebie jak i szerszej rzeszy odbiorców. Tak to odbieram i takie jest moje zdanie w tym temacie.

      Usuń
    3. Hmmm moim zdaniem Twoja opinia wynika z małej samoświadomości, bez urazy. Masz bardzo materialistyczny sposób postrzegania rzeczywistości, typowy dla ludzi zachodu. Japiszony stały się już passe, teraz nowym, modnym w Europie nurtem jest filozofia wschodnia i powrót do natury. Rozwój duchowy, samodoskonalenie na wyższym poziomie świadomości. Poczytaj mistrzów duchowych, chociażby OSHO, czy poradniki pisane przez psychoterapeutów, filozofię Kaizen. Jeśli jesteś gotowa do zmian, to uwierz mi wyjdzie Ci to na dobre, a nawet nie tyle na dobre, co na szczęście. Albo chociażby zacznij od jakże babskiej w swej wymowie Loreau. Minimalizm jest w cenie, minimalizm jest eko, a im człowiek ma większą samoświadomość, tym mniej zbytków świata doczesnego potrzebuje "do szczęścia". Uwielbiam ten nurt i im mniej mam, tym bardziej jestem z siebie zadowolona. I mówię to z poziomu zarówno świadomości, jak i podświadomości. Nie ma drugiego dna, nic nie jest ukryte pod tą wypowiedzią. Wyobraź sobie to uczucie wolności, które towarzyszy człowiekowi, który nie jest przyzwyczajony do dóbr i zbędnych wygód. Pakujesz walizkę i jedziesz na rok medytować do Indii. Większość ludzi tego nie zrobi, bo nie obejdą się bez swojego ulubionego kremu na noc i iPada. Boją się, bo przywiązują zbyt dużą uwagę do rzeczy, a to nie one nas tworzą. I ktoś, kto miał już w życiu wiele, może spokojnie powiedzieć, że to mu nie dało na dłuższą metę ani zaspokojenia, ani szczęścia, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia - masz nowego SLK, ok, cudo, ale sąsiad kupił sobie CLS w wersji AMG i już cię ściska, może jakiś kredycik... Telewizor 46 calowy sprzed trzech lat wydaje się już mały, więc kombinujesz jak tu kupić plazmę 60tkę. Nigdy nie jest dość, to ślepa uliczka.

      Poznałam w życiu kilkoro ludzi, ludzi szczęśliwych, którzy nie mieli prawie nic - z wyboru. Zawsze ich podziwiałam i zawsze zazdrościłam im radości życia, której ja nie miałam, mimo pieniędzy. Teraz staram się otaczać takimi osobami, bo emanuje z nich uśmiech, świecą jak słońce. Pomijam tu już tak oczywisty fakt, jak ten, że rozstania bywają trudne, a ostatnie tygodnie, czy nawet miesiące dogorywających związków toksyczne, więc kiedy zaczniemy na dobre nowe życie, to na powrót wszystko nas cieszy i najdrobniejsze rzeczy wywołują uśmiech.

      Usuń