poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ab ovo


Bardzo uprościłam swoje życie. (Tak, oczywiście, że zostawiam czarną Chanelkę, ale..)
Jest takie powiedzenie, byś usunął ze swojego życia wszystko, co Ci nie służy, zamiótł, strzepnął kurz, zmienił płytę...

Przestałam używać Facebooka jako takiego. Owszem, raz na trzy dni zajrzę, wrzucę jakiś motywujący obrazek z pogranicza filozofii, psychologii i coachingu. Czasem napiszę jakieś wynurzenie. Nie bywam tam jednak dłużej niż dwie-trzy minuty. Od dawien dawna nie odwiedzam żadnych forów internetowych, czy grup. Właściwie uciekam jak mogę od świata wirtualnego.



Coaching, a w zasadzie moja trenerka (http://coachdlaciebie.com/) i dalekowschodnie filozofie mocno uświadomiły mnie, jak ważna jest spójność, jako taka. Tak jest łatwiej, szczęśliwiej, prościej... I ja o tej prostocie właśnie.

Zrezygnowałam ze społecznościowych mediów, choć w telefonie nadal mam Skype i Messengera, gdyby ktoś coś pilnie ode mnie chciał, a nie miał mojego numeru. Mało kto go w sumie ma. Bardzo cenię sobie prywatność i święty spokój.
Mówią, że trzydziestka jest przełomowa. Jest, w tymże sensie, iż przestajesz się przejmować... swoją trzydziestką (i masą innych rzeczy). Kończy się czas "muszę komuś/światu coś udowodnić", a rozpoczyna czas "nic nie muszę, jestem szczęśliwa". Przebranżawiam się, bo bardzo tego chcę, bo zgłębianie interesującej mnie wiedzy sprawia mi ogromną przyjemność. Uczę się właśnie dlatego, że szkoła daje mi niesamowitego kopa pozytywnej energii. Przy okazji, każdemu, absolutnie każdemu polecam... Nawet tylko dla siebie, dla wsłuchania się w siebie i odkrycia na nowo. http://szkolacoachingu.edu.pl/
Nigdy nie myślałam, żeby zostać coachem. Owszem, pasjonowała mnie psychologia, neuropsychologia, ale do szkoły poszłam dla siebie. Dziś widzę w coachingu i neurolingwistyce swój wymarzony zawód. Marzy mi się Style Coaching, dziedzina jeszcze niezbyt popularna w naszym kraju. Najprościej mówiąc połączenie psychologa ze stylistką.
Psychologowie bywają jak ten szewc bez butów - sami borykają się z wciąż nierozwiązanymi konfliktami z przeszłości. Dlatego i oni często lądują w szkołach coachingu, gdzie poza wiedzą, trzeba wykonać też ogrom pracy nad sobą. Ale to jest ta przyjemna praca w odkrywanie i zrozumienie siebie. Najprzyjemniejsza praca, jaką chyba można sobie wyobrazić. Przywołuje na myśl radosne zajęcia w przedszkolu w słoneczne dni.



Ale ja nie o tym... Jak zwykle zaraz wyjdzie mi z wpisu tasiemiec. Ja o upraszczaniu codzienności, by zyskać czas, spokój i zadowolenie.

Zrobiłam kolejny remanent, niejako przygotowujący mnie do zmiany szafy na .. mniejszą. A przynajmniej to było źródłem mojej motywacji. Pozbyłam się wszystkich ubrań, które założyłam jeden, dwa razy w życiu, albo wcale. Po kilku miesiącach mieszkania tutaj czuję się jak Nina Garcia podczas remontu jej nowojorskiego mieszkania, kiedy to musiała z mniejszego, wynajmowanego, przez rok biegać do swojej garderoby w drugim i zabierać z niej tylko to, co aktualnie zamierza założyć. Tym sposobem stworzyła dwie genialne książki, notabene bestsellery New York Timesa.

Wracając na chwilę do owego remanentu... przeszłam się po domu z workiem, wrzucając do niego wszystkie kurzołapki durnostojki, które miast ozdabiać, tworzyły tłok i wizualny chaos. I tak na parapecie zostały cztery świeczniki w tym samym stylu - białe i srebrne, biała latarenka i lusterko do malowania. Książki pozostawiłam tylko te, które mam znów ochotę przeczytać, a w pustym miejscu na półce ustawiłam białe i czarne ramki, które kiedyś zajmowały ścianę nad monitorem. No... połowę z nich. Na komodzie dwie szklano-sznurkowe latarnie/świeczniki i nocną lampkę. Całośc ocieplają duże, futrzane poduszki w naturalnych kolorach, biała, mięciutka narzuta oraz kilka mini kaktusików na blacie barku. Na stoliku białe, drewniane pudełko z chusteczkami. I koniec. Kuchnię ocieplają trzy wiklinowe kosze w kolorze starego drewna i potrójna doniczka z zieleniną. I już. Nic się nie pałęta, nic nie trzeba wycierać z kurzu, przestawiać do sprzątania. W łazience, jak może pamiętacie, nie mam prawie nic, bo używam dwóch, trzech kosmetyków. Suszarka i prostownica stoją w dużym, wiklinowym koszu pod lustrem w pokoju, bo tu zawsze się czeszę.

Tylko, że ja znów nie o tym...

Wracając do Niny i jej książek. Przejrzałam sobie ostatnimi czasy zdjęcia modelek. Zawsze fascynowała mnie ich nonszalancja w ubiorze. Wygoda, luz i niepodważalny styl w jednym. Czy to nie był by ideał mody? Nigdy więcej prasowania, wbijanie się w niewygodne, acz ładne, choć krępujące ruchy kiecki, sklejania włosów lakierem i godzin przy lustrze... Pomyślicie może teraz - mężczyznom się to podoba. Może i tak, ale nie zauważyłam żadnych zmian w ich zainteresowaniu, kiedy jestem bez makijażu, w kitce i adidasach. Tak samo nikt jakoś nie uciekł, kiedy przestałam, z lenistwa, malować paznokcie... Miałam lat 20+ i myślałam, że "muszę". Teraz mam 30 i wiem, że nic nie muszę. Nie żebym nie przechodziła swojego rodzaju kryzysu i nienawiści do mojego, nic nie winnego kota, symbolu staropanieństwa w końcu! Nie zakładam szpilek na randkę. Zakładam je, kiedy najdzie mnie na to ochota. Maluję się, tylko kiedy mam ku temu nastrój. Już z niczym się nie spinam. Nie robię nic, bo wypada. A tam, gwiżdżę na to, nie ubieram w tym roku choinki! Mam niechcieja...

Szukałam więc odpowiedzi jak pogodzić mojego luzaka-niechcieja i estetę. Lubię ładnie wyglądać, ale najchętniej przy minimalnym, włożonym w to, wysiłku. W końcu idealny styl, to ten, który jest niewymuszony i wygląda nonszalancko. Trafił mi się taki przykład w internecie, którym pozwolę się posłużyć. Dwie Panie w identycznych płaszczach od Macieja Zienia. Jedna wygląda niczym nowojorska modelka (choć to nakrycie głowy jakoś nie bardzo, torebka również...), druga... tak, jakby zaraz miała się potknąć, udusić golfem, a twarz popękałaby jej za chwilę od nadmiaru tapety. Jeden look stylowy i niebanalny, drugi wręcz małomiasteczkowy, ot w typie Zosia idzie na wesele wujka, poprawny niczym stylizacja na pierwszą Wigilię u teściów. Nie muszę pisać, który jest który, oceńcie same :)
Swoją drogą ten płaszcz jest paskudny ;)




Przeglądając zdjęcia modelek z ich życia prywatnego (tak, modelek, bo kto ma więcej do czynienia z high fashion niż one), doszłam do paru wniosków:

- Kapelusz, im większe rondo tym lepsze. Na chłodniejsze okresy z filcu bądź wełny, na lato słomkowy. Doda całości niebanalnego wyglądu i ukryje źle ułożone włosy (albo nie umyte, a i takie dni się zdarzają). Do długich włosów fajnie wygląda też po prostu czapka.

- Okulary słoneczne (oczywiście w ładną pogodę, bo zawsze bawiły mnie dziewczyny noszące wielkie muchy w pochmurne dni). Najlepiej coś z modeli Ray Banów, choć jedne aviatory i wayfarery są obowiązkowe. Ja jeszcze uwielbiam model Jackie Ohh. Przydają się, kiedy nie chcemy całemu światu objawiać swoich podpuchniętych, nieumalowanych oczu.

- Czarna, skórzana ramoneska. Z doświadczenia wiem, że nosi się ją ciągle... nie gniecie się, nie niszczy i nie traci fasonu. Pasuje ... praktycznie do wszystkiego i jest ponadczasowa. Obecnie w Zarze jest idealny model z wszytymi gumkami po bokach za 699zł.

- Biała koszula oversize - do eleganckich szortów, jeansowych, rurek, spódnicy ołówkowej, mini... do wszystkiego.

- Sweter oversize, najlepiej szary.

- Czarne botki z szeroką cholewką. Gdzieś wyczytałam, że dają efekt wyszczuplenia nóg i chyba coś w tym jest, bo ja się z nimi nie rozstaję.

- Ciemne rurki - granat, grafit, czerń.

- Szary, czarny sweter typu basic lub po prostu bluza. Polecam Wam kupić choć jeden kaszmirowy - nie będziecie go chciały oddać do prania, bo to oznacza rozstanie :)

- Czarne poncho.

- Czarny żakiet, najlepiej nie taliowany i noszony rozpięty, ale też nie jestem zwolenniczką marynarek typu boyfriend uszytych ze szmaty do podło... tzn dzianiny dresowej.

- Jeansowe szorty.

- Czarne eleganckie szorty, albo czarne skórzane.

- Skórzane rurki. Idealne do swetra oversize, czy białej, lekkiej koszuli.

- Luźne t-shirty: białe, czarne, szare, granatowe, beżowe. Byle bez nadruków.

- Jakiś rockowy t-shirt. Wygląda genialnie do czarnego żakietu i ołówkowej spódnicy.

- Letnia sukienka w kwiaty - maxi, czy krótka, z ramoneską będzie zawsze świetnie wyglądać. Tak samo krótka z ciężkimi, motocyklowymi buciorami. Najlepsze będą sukienki o kroju skater lub litery A. Flaczki od kiełbasy jakoś nie utrzymały się w modzie.

- Spódniczka w kształcie litery A bądź skater. Do ramoneski na lato - w kwiatki, do swetra oversize na zimę - gładka. Obie będą świetnie wyglądać ze zwykłym, luźnym t-shirtem.

- Czarne, kryjące rajstopy.

- Cienkie, bawełniane szaliki w monochromatycznych kolorach.

- Jeansowa kurtka.

- Minimalistyczne, czarne sandałki na płaskim obcasie.

- Białe i czarne sneakersy. Mają być wygodne!

- Mała torebka, czarna, w stylu Chanel i druga duża, im prostsza tym lepsza (może np brązowa).

- Sneakersy łączmy z chanelką, a szpilki ze skórzanym plecaczkiem. Przeciwieństwa tutaj się lubią.













































Te i parę innych rzeczy widzę w modzie niezmiennie od lat, a były noszone jeszcze zanim pojawiłam się na świecie. Nie wymagają wymiany co sezon i nie stają się niemodne. Nie da się ich źle skomponować, nie będzie obciachu ;)

Nie wiem, jak Wy, ale ja mam serdecznie dosyć poprawiania paska na bluzce i nie zakładania jakiejś koszuli, bo jak pomyślę o jej ponownym prasowaniu... Meh...

Co natomiast o tej ponadczasowości mówi Nina, która musi czasem zakładać coś bardziej eleganckiego niż jeansy? Zerknijmy...

- Do trapezowej małej czarnej, choć ja wolę krój skater, Nina proponuje kryjące, czarne rajstopy i czarne botki bądź kozaki.

- Czarne botki najlepiej jest łączyć z ciemnymi spodniami, czarnymi lub czarnymi, kryjącymi rajstopami - efekt wydłużonych nóg murowany.

- Bransoletki kółka (ja mieszam srebrne i złote). Minimum 6, choć moja kolekcja to 20 cieniutkich kółeczek. Z doświadczenia wiem, że pasują zarówno do sukienki boho, jak i czarnego żakietu i koktajlowej małej czarnej.

- Kardigan oversize. Oj tak, jest to kolejna rzecz, która nigdy, przenigdy nie wychodzi z mody.

- Wełniany płaszcz - również pasuje zarówno do jeansów, jak i wieczorowej sukienki.

- Kopertówka - tak, jeśli miewasz okazje, by ją nosić, bo z mojego doświadczenia jest zwyczajnie... niepraktyczna.

- Nina wspomina o pierścionku koktajlowym do małej czarnej, jako jedynej biżuterii. Mnie jednak głównie sprawdza się on do stylizacji w letnich klimatach boho.

- Conversy :)

- Dwie szerokie, identyczne bransoletki na nadgarstki. Były nawet mocno lansowane ostatnie lata - osobiście uwielbiam.

- Espadryle. Ja mam po prostu sandałki ze sznurka na sznurkowej koturnie... od lat :)

- Skórzane rękawiczki do żakietów z rękawem 3/4 - mega pomysł!

- Kowbojki.

- Spodnie khaki. (Ostatnio trafiłam świetne na wyprzedaży w Zarze)

- Biała letnia sukienka. Na dzień i nocną imprezę. To faktycznie nie wychodzi z mody...

- Ołówkowa spódnica - tak, jeśli lubisz... ja swojej nigdy nie założyłam, bo nie musiałam.

- Naszyjnik z pereł.

- Jedwabna apaszka. Jedna, a jakaś klasyczna, markowa... Taka, z którą będziesz się utożsamiać.

- Ostentacyjny, ciężki w formie naszyjnik. Najlepiej wygląda do małej czarnej i gładkich t-shirtów.

- Klasyczny trencz. Jeśli oczywiście lubisz trencze... mój, mimo, że wyglądam w nim naprawdę dobrze, wisi w szafie...

- Kolczyki koła. Im większe i cieńsze, tym bardziej są seksowne :)

- Zegarek na bransolecie w męskim stylu.

Większość rzeczy, które wymieniłam wcześniej też powtarza się u Niny.



Przyjaciel ostatnio zaskoczył mnie pytaniem:
- Nie tęsknisz? No wiesz, do bloga i tego wszystkiego...
- Nie. Odpowiedziałam najszczerzej jak umiałam, wertując pilnie wszystkie znane mi fashion blogi jednoczesnie.
(No przecież nie widzi mnie przez słuchawkę telefonu!)
I nie czyta bloga. Prawda? Prawda??? PRAWDA?!

Ale wiecie, co znalazłam na tych blogach? Niemalże NIC! Stylizacje przypominające już bardziej zdjęcia z katalogów, gdzie każde ubranie można przedstawić i ułożyć tak, by wyglądało atrakcyjnie, a w praniu w ogóle nie da się tego nosić. Zestawy albo na bal przebierańców, albo... na pokaz mody w Paryżu. Z przewagą tych pierwszych. Obwąchałam Chicisimo, ModnąPolkę, Lookbooka. Przejrzałam sklepy internetowe. Nic się nie zmieniło, nie weszło nic innowacyjnego. Jest to, za przeproszeniem, od dłuższego czasu mielenie tego samego gówna. Bo w modzie już niewiele da się wymyślić, jeśli nie nic. Kolorowe gazetki mówią, w tym sezonie (jak już 6 razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat), stawiamy na żółty, a w tym sezonie na fuksję, bo już od roku nie była modna... I ja mam trzymać 10 kufrów odzieży posortowanej według kolorów, żeby wyglądać jak ofiara Avanti, Elle czy InStyle? Ha, ha, ha... NO!

Przez rok w ogóle ciuchy nie były mi w głowie. Bardziej moje myśli zaprzątało znalezienie odpowiednio miękkiej do ręcznego szlifowania gładzi polimerowej, czy rolety mającej na szerokość ponad 200cm. I po tym roku widzę, że w zasadzie nic mnie nie ominęło. Modelki nadal ubierają się dobrze, a celebrytki nadal noszą mini sukienki z dekoltem, za małe o dwa rozmiary. Nic mi też nie wiadomo o wynalezieniu nowego koloru...

Więc jeszcze raz - prostota, prostota i prostota. W niej tkwi cały sekret.


PAULINA

11 komentarzy:

  1. Przychodź do nas czasem. Z takimi wpisami właśnie. Albo jakimikolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ok jak rzadko zostawiam jakiekolwiek komentarze tak teraz musze!
    Czasami cos tu napisalam, wymienilysmy sie tez emailami, ale tym razem musze sie sama przed soba przyznac, pomimo tego ze tak rzadko cos sie tu pojawia, to naprawde moje absolutnie ulubione miejsce w sieci. Odnajduje sie we wszystkim co piszesz, nie powiem, ze jestem Twoja fanka bo nie cierpie tego slowa, ale naprawde mnie inspirujesz i zawsze poprawiasz mi tym humor. Masz fantastyczne podejscie do zycia i to bardzo do mnie przemawia, podziwiam Twoja pewnosc siebie! Chociaz mam 8 lat mniej, dochodze do podobnych wnioskow co do wygladu, mniej a lepiej, nie mozna sie az tak spinac (chociaz nadal nie wyjde bez pomalowanych paznokci z domu ;))), jak zwykle trafilas w 10 z tym co aktualnie sobie mysle.

    Nie przestawaj tu zagladac i pisz regularnie, bardzo chetnie poczytalabym tez o coachingu, zyciu jak i oczywiscie modzie.

    Pozdrawiam i mam naprawde nadzieje, ze zaczniesz pisac czesciej bo uwielbiam tu zagladac!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie to wszystko odkrywcze ;-) Czy może tylko dla mnie to takie oczywiste, tylko moje życie tak właśnie wygląda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma tu nic odkrywczego, ale dobrze, jesli życie tak wygląda ;)

      Usuń
    2. Pewnie, że dobrze ;)

      Usuń
  4. Zgadzam się! Sama kupuję jak najprostsze ubrania. Raz na jakiś czas kupuję coś porządnego, co się nie zmechaci, rozciągnie itp. Mój styl jest przez to nudnawy pewnie, wszystko gładkie i szare, beżowe, granatowe, czarne. Ale ja nad tym popracuję i nie będzie nudno :-) Staram się robić przemyślane zakupy, w wielu miejscach zgadzam się z Twoją listą :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też ostatnio zaliczyłam taki trochę przełomowy moment. Tylko, że u mnie przyszedł on ok. 25 urodzin :) Wyluzowałam pod względem własnego wyglądu i w ogóle nabrałam jakiegoś większego dystansu do siebie i swojego życia. Też czuję, że już "nie muszę", też ograniczyłam swoją bytność w wirtualnym świecie i też postawiłam na wygodę w ubiorze. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki Tobie i Twojemu blogowi, Paulino, moje życie zmieniło się o 180 stopni. Kiedy poraz pierwszy tu weszłam, jakieś półtora roku temu, byłam zakupoholiczką, pocieszającą się jedzeniem i generalnie niezadowoloną z siebie i ze swojego życia. Twoje posty o sztuce prostoty w życiu, o zrozumieniu siebie i swojego organizmu zainspirowały mnie do głębszego przeszukania sieci i bibliotek. Natknęłam się na wiele interesujących blogów (choć teraz odwiedzam 4 z nich oraz Twój), stron, artykułów i powoli zaczęłam odgracać siebie, swoją szafę i swoje życie. Myślę, że wychodzi mi to na dobre. Jest mi tak jakby lżej, ponieważ odseparowałam się od niektórych toksycznych znajomych i pseudo przyjaciół;i choć teraz wszystkich mogę policzyć na palcach jednej ręki, to wiem, że to są ci prawdziwi. Zrzuciłam też kilka kilogramów, przestałam być taka "napuchnięta", uprawiam sport "bo lubię i chcę" a nie "bo muszę", zaczęłam być też milsza dla siebie i przestać katować się psychicznie i ustalać sobie durne nakazy i zakazy (od razu lepiej! nawet w kwestii jedzenia - nie mam już tych dziwnych napadów głodu, przechodzi mi ochota na słodycze i tak dalej). Jeśli chodzi o zakupy i ubrania- w tej kwestii również sporo się zmieniło po natknięciu się na Twojego bloga. Kiedyś nie potrzebowałam wiele, żeby pojść i wywalić kupę kasy na rzeczy, które będą zalegały w szafie, teraz ciężko mi coś kupić, ponieważ większość szmatek z sieciówek nie spełnia moich wymagań i kupuję już tylko to, co wydaje się być porządne, w czym czuję się wygodnie oraz w 100% sobą/ Przestałam się też oszukiwać, że lubię dużo kolorów, wzorów, biżuterii i ubierać to, w czym lubią mnie inni a nie ja sama- moja paleta barw to czerń (od lat jestem jej wierna), szarość, biel i czerwień (kiedy mam ochotę trochę odżyć). Moja biżuteria to czarne kolczyki i złoty zegarek (choć teraz zamierzam kupić srebrno- złoty, ponieważ jest bardziej uniwersalny). W dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że jeden jedyny blog, odkryty całkowicie przypadkowo tak zmienił mnie, postrzeganie świata i że spowododał lawinę dobrych zmian... Na prawdę Ci za to dziękuję. I mam nadzieję, że będziesz częściej pisać o Tobie i Twoich pasjach (mam tu na myśli chociażby coaching, bo ostatnio się nim dużo interesujesz). :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj,
    widziałam kilka twoich zdjęć w szafie wizazu. Było to jakieś 2-3 lata temu. Zaciekawiła mnie twoja uroda i styl. zaczęłam odwiedzać twojego bloga i przeglądać posty. Było ciekawie, kolorowo, "na czasie". Bardzo lubiłam cię oglądać. Twoje stroje, makijaże, wystrój wnętrz. Później o Tobie zapomniałam. Jakoś na początku roku ponownie powróciłam do twojej strony. A tu tyle zmian, tyle nowości w życiu. Sporo na ciebie spadło. Myślę jednak, że dziś jesteś zadowolona z tych zmian i dumna z siebie, że dałaś radę podołać, zmienić siebie, swoje życie. I tak naprawdę po tych zmianach zaczęłam czytać /analizować to co piszesz. Ma to sens! Wracam do ciebie bardzo często z nadzieją, że coś napisałaś. Często jestem rozczarowana, że są tylko posty, które przeczytałam już kilka razy. Ale rozumiem, że zmiany w twoim życiu dotyczą całości więc i bloga też. Masz rację, że w obecnych czasach panuje trend na konsumpcjonizm. Wszystko kręci się wokół zakupów. Ja również od pewnego czasu odchodzę od tego, że coś muszę.Wczoraj od około 3 miesięcy pomalowałam paznokcie :) Z ubraniami mam podobnie zaczynam stawiać na minimalizm, na funkcjonalność, ponadczasowość. Nie jest to łatwe, bo czasem znaleźć klasyczny biały tshirt graniczy z cudem, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Chętnie będę czytać kolejne twoje notki na temat twoich doświadczeń, przemyśleń, obecnego życia.
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj! Jak miło, iż znowu napisałaś:) Już od jakiegoś czasu tu zaglądam, zdecydowanie częściej niż w czasach kiedy byłaś taką, za przeproszeniem "laleczką"..Wtedy wydawało mi się, że jesteś zarozumiałą paniusią "Ą" Ę", nie czytałam Twoich postów, rzuciłam okiem na stylizacje i tyle.. a to błąd. Teraz kiedy przeczytałam większą część Twojego bloga, jestem szczęśliwa, że zostałam na dłużej. Piszesz bardzo mądre rzeczy, ja również zaczęłam zmiany w swoim życiu.. I zdecydowanie stawiam na minimalizm i prostotę, zarówno w ubiorze jak i makijażu. Jeszcze tylko moja jedna szafa czeka na generalny przegląd. Złapałam się na tym, że w kółko zakładam kilka zestawów ubrań, a reszta jest bezużyteczna, choć całkiem fajnie fasony, to niestety materiały wymagają żmudnego prasowana, którego nie lubię. Na tym nie koniec, najtrudniejsze jeszcze przede mną, gdyż od kilkunastu lat tkwię w toksycznym związku, który odebrał mi całą pewność siebie. Nigdy nie pracowałam, nie musiałam, choć chciałam, ale zaborczość i zazdrość mojego faceta bardzo mnie oddaliły od tego przedsięwzięcia. Wstyd się przyznać, ale jestem utrzymanką, choć moja osobowość krzyczy "nie" nie potrafię tego zmienić, podjąć tej ostatecznej decyzji. Tobie się udało, choć Twoja sytuacja jest nieco inna, więc i mi musi się udać:) Dobrze, że jeszcze jesteśmy optymistkami. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej:-)

    Korzystając z faktu że jestem chora i nie mogę się specjalnie poruszać, przeglądam Twoje posty z ostatnich tygodni i miesięcy. Wiele jest rzeczy z którymi się zgadzam ale te poniżej,...no cóż mam zgoła odmienną opinię i napisze dlaczego ;-)
    Jeśli chodzi o posiadanie poncho czy pereł to niespecjalnie do mnie przemawia. Nie noszę ani jednego ani drugiego/ch. Perły mimo że klasyczne (bo Coco Chanel takowe posiadała i każda słynna kobieca postać powiela ten rytuał) ...wydają mi się właśnie przebrzmiałe i zarezerwowane dla starszych pańć. Tak samo ciężki naszyjnik. Jest piękny i podziwiam dziewczyny, które potrafią go nonszalancko nosić, reszta wydaje mi się kiczem. Kopiuj wklej. A "słynne conversy"...Nie nosiłam, nie nosze i nosić nie zamierzam. Dla mnie są niewygodne, przereklamowane, za drogie i bolą mnie plecy od tych ich płaskich podeszw. Lepsze o niebo, bo mega wygodne kupiłam zupełnym przypadkiem w hm, w kolorze szarym. Mam je do dziś i za cenę nieporównywalnie niższą do ww.
    Co do kopertówek, ja się tu nie zgodzę ;-) posiadam ich kilka. W różnych kolorach/odcieniach, ze skóry gładkiej, z cienkim paskiem (czarne, szare, beżową, srebrną, złotą, brązową). Latem / jesienią /wiosną noszę na okrągło. Tylko zimą przerzucam się na cięższą torbę w stylu mulberry.
    Są lekkie, umilają mi robienie zakupów, bieganie po mieście, służą na różne wyjścia (nie boli mnie ramię od ciężkiej skórzanej torby, wypchanej po brzegi durnymi szparagałami) i pięknie komponują mój "outfit". Zawsze noszę w nich tylko mały portfel, telefon, chusteczki i pomadkę nawilżającą. I nie mówię tu o tandetnych kopertówkach z plastiku, folii, eko skóry, tylko klasycznych, skórzanych. Uważam że warto zrezygnować właśnie z jakiś pereł czy odbarwianych, metalowych naszyjników na rzecz takich torebeczek. Latem do sukienek, wiosną do skórzanej kurtki, jesienią do swetra i botków robią nam cały strój.
    A zdjęcia które wrzuciłaś z modelkami do mnie nie trafiają. Nie wszystko co noszą chude dziewczyny o ciałach nastoletnich chłopców jest ładne i leży równie ładnie. Może 3 z kilkudziesięciu wygląda tu fajnie (Kerr, Moss i Huntington-Whitley) reszta to jakieś potworki o twarzach niedożywionych punków, w wyciągniętych podkoszulkach i zbyt masywnych butach.
    Sekret tkwi raczej w umiejętnym łączeniu stylów, ale takim niewymuszonym eklektyzmie aniżeli naśladowaniu modelek. Dobraniu rzeczy dobrych gatunkowo, do budowy naszych figur. Mało osób potrafi ukryć swoje niedoskonałości by wydobyć piękno. One to potrafią (te najbardziej znane modelki) bo są nieustannie oceniane przez pryzmat ich wyglądu, budowy ciała. W toku swojej pracy nauczyły się nosić rzeczy, które je upiększają. Ale my nie modelki, już nie mamy tej zdolności. Wszystko jest kwestią wypracowania. Wieloletniego. A czasem nawet i to nie pomaga. Bo brak nam odpowiedniego dystansu. Ile razu się mija kobietę ubraną w straganowy róż/turkus z mnóstwem pierdółek na rękach. Albo panie które epokowo zatrzymały się w latach 80’ i noszą na głowach swoją udziwnioną wersję fryzury Farrah Facet z równie niegdysiejszymi wielkimi ramionami w wytartych, przydużych ramoneskach… Mało kogo stać na prawdziwą personal shhoper, w czasach oferujących nam zatrzęsienie pseudo, samozwańczych stylistek i wizażystek, które zamiast pomagać tylko zaszkodzą.

    Pozdrawiam ;-)))

    OdpowiedzUsuń