wtorek, 25 września 2012

Happy Birthday to ME


Jako, że są okolice moich urodzin, dostałam już kilka gadżetów.
Balsam do ciała od Sephory, rabaty od Asosa i na razie tyle. Reszta jest od mojego drugiego pół.
Perfumy z Zary - przecudowne.




Największą i najcudowniejszą niespodzianką był jednak wczorajszy powrót narzeczonego z pracy...
Od dawna męczyłam go o psa, ale był nieugięty... choć nie wiedziałam, że planował niespodziankę.

Wrócił do domu z psem mojej najukochańszej rasy!!!
Mój poprzedni Husky, Orion vel. Wujek zmarł mi na rękach... Od tamtego czasu nie potrafiłam myśleć nawet o psie, ale minęły prawie 4 lata i zaczęłam tęsknie spoglądać na futrzaki.

Poznajcie zatem Edwarda :)
Uwierzycie, że ktoś strzelał do tego psa śrutem?! Biedactwo miało go w nodze :(


A to Orion [ ' ]
Był dużo większy od Eddiego i powiedzmy, ze jego charakter było widać na pierwszy rzut oka ;)
Mam nadzieję, że będę umiała pokochać drugiego psa choć w połowie tak mocno...
:(



Photos by My Fashion Blog

poniedziałek, 17 września 2012

Mr Nobody

Widziałyscie tytułowy film? Jeśli nie, to polecam, ah Jared Leto ^^
Kolejny z filmów o wielu alternatywnych rzeczywistościach, a może jedynie ludzkiej wyobraźni...

Wczoraj mieliśmy bardzo intensywny dzień.
Pobudka o 7:00, sprzątanie, zakupy, gotowanie, szykowanie jedzenia dla gości, gości, później spacer na zdjęcia, a na koniec pre-urodzinowe zakupy. Wieczorem padliśmy jak muchy, z poczuciem spełnionego obowiązku.
Dziś za to był dentysta, obiad na mieście i kino, a po tym ostatnim nadawałam się tylko do spania (o godzinie 16:00). Planowaliśmy wypad ze znajomymi i psami do parku krajobrazowego nad stawy, a ja zamierzałam biegać tam z aparatem niczym typowy Japoński turysta w centrum Pragi.
Jednak padłam, zakopałam się w miękki szlafrok i ciepłe skarpety. Nici ze spaceru z krokodylem. Może w weekend?


Tymczasem, moje nowe spodnie, czapeczka chłopaka i śliczna kolia.







Spodnie - Mohito
Ramoneska - Bershka
Bokserka - H&M
Kolia - Mohito (prezent urodzinowy)
Bransoletka - Avon
Buty - Aldo
Czapka - House (męski, zabrana narzeczonemu)



PAULINA

Resident Evil: nie wiem, która juz część



Dość trudno oceniać mi film na podstawie gry, w którą choć raz nie zagrałam, jak w tym przypadku. Widziałam jednak zarówno część pierwszą jak i drugą, które wyznaczyły poziom i klimat serii. Dodać warto, że niestety oba niedoścignione, bo od części trzeciej mamy równię pochyłą w dół. Może część druga zawdzięcza swojemu sukcesowi wolność od rąk Amerykanów? Pierwszej jednak nie udało im się zepsuć. Natomiast w RE: Extinction(3) mocno wiało już nudą (i ktoś położył sprawę retuszu twarzy Alice, która co drugie ujęcie była kiczowato rozmyta). Zbyt wielu ludzi pracowało nad jednym filmem, zbyt mała była nad ich działaniami kontrola... Pomysłu starczyło jedynie na niezwykły trailer, ale tu jeszcze zachowano klimat. Później było coraz gorzej. Do braku fabuły dołączyła guma i plastik. Pseudomatrixowe sceny walk rodem z niewypału Matrix:Reaktywacja (czy jak kto woli reanimacja, dodać należy bezowocna). Filmy z sequela na sequel stawały się coraz bardziej naiwne i utraciły całą swoja mroczność. RE: Retribution jest jak jego poprzednik wyprane z jakiejkolwiek fabuły. Na wstępnie podano nam szybciutkie streszczenie, by widz nawet nie wysilał się na obejrzenie poprzednich części. Nie staram doszukiwać się sensu w produkcji na podstawie gry. Absolutnie nie czepiam się budowli w głębi ziemi, logistyki, ani biegających po planie terminatorów, bo fana gatunku absolutnie to nie interesuje, a szukanie głębszych przesłanek w tego typu produkcjach, to zwykła, nadęta głupota... Pozostaje zatem pytanie, po jaką cholerę Anderson umieścił w filmie wątek w stylu Get away from her you bitch! (Aliens) - prorodzinny temat z matczyną miłością do pierwszy raz zobaczonej na oczy dziewczynki. Nie spodziewajmy się zakończenia jak u Rodrigueza, tu, jak w każdej amerykańskiej papce poczynając od Piranii 3D, kończąc na thrillerach psychologicznych - dziecku nie może z głowy spaść włos, a wszyscy dorośli pędzą mu na ratunek narażając własne życia. Czy ma to nakłonić młodocianych graczy z gimnazjum do zakładania rodzin? Innego sensu nie widzę, chyba, że była to desperacka próba urozmaicenia scenariusza.
Nie było zatem fabuły, ani klimatu, co więc było?
Zagrano nam na uczuciach. Sklonowano bohaterów z poprzednich części, wsadzono w środek zagłady nieporadną, małą blondyneczkę, która mówiła mamo. Mieliśmy też okazję na własne oczy zobaczyć, że w superprodukcji z Hollywood postacie mogą być bardziej drewniane, niż w Wenezuelskiej operze mydlanej, a dialogi teatralnie wyrecytowane. Czy był to efekt zamierzony? Któż to wie... W każdym razie, przyznajmy szczerze - wyszło słabo.
Akcja... tej jest dużo. Walki momentami plastikowe, momentami całkiem sympatyczne dla oka. Najgorszą, najbardziej naiwną wstawką są sceny z Czerwoną Królową i jej hasło You're all going to die down there z przekłamanym kontekstem w stosunku do oryginału. Mieliśmy oczywiście piękne kobiety na obcasach, przystojnych facetów, muskuły i dekolty.
To, o czym jeszcze wspomnieć warto, to muzyka, która nie zawiodła w żadnej z części. Tym razem, zgodnie z modą, zaserwowano nam podobnie jak w przypadku Total Recall, miły dla ucha, ciężki, dubstepowy remix.
Czy polecę?
Jeśli obejrzałeś wszystkie filmy o zombie, jakie kiedykolwiek nakręcono, nie odstraszają Cię produkcje typu Slither, czy Evil Dead, ani nie zasnąłeś na Matrixie II, a Roba Zombiego uważasz za Boga - pójdź, obejrzyj, lepsze to, niż siedzenie z piwem i przerzucanie kanałów w TV. Zresztą, jeśli wszystko powyższe do Ciebie pasuje, to nie wypada nie zobaczyć kolejnego RE, jakie by nie było.
Poza tym... nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam chodzić do kina.

Ocena (dla fanów gatunku) 3 na 5
Ocena (dla zwykłego Kowalskiego) 2 na 5


By My Fashion Blog

Przepis na niezapowiedzianych gości

Ponieważ wczoraj właśnie tacy mi się zdarzyli, była okazja, żeby improwizować kulinarnie.
Nie miałam alkoholu, ale zawsze mam w domu owoce, więc posłużyłam się sprawdzoną metodą na smoothie (w poprzednim poście z przepisami możemy znaleźć recepturę).

W lodówce nie było już naprawdę nic wartego uwagi, więc wyskoczyłam do Tesco Metro na poszukiwanie błękitnego sera, bagietki i orzechów włoskich. Szybki, sprawdzony przepis na efektowną przekąskę.
Bagietki nie dostałam, w końcu była niedziela, ale trafiłam na świeże ciabatty :) Miód wykopałam z szafki.


Składniki na dwa duże talerze przekąsek:
4 ciabatty lub 2 krótkie bagietki
paczka orzechów włoskich
dwa trójkąty lazurowego sera
mały słoiczek miodu

Ciabatty/bagietki kroimy po ukosie na plasterki.
Na każdą kładziemy kwadratowy plasterek sera.
Polewamy łyżeczką miodu i wieńczymy dzieło połówką orzecha.

Idealnie jest kupić gorąca bagietkę z masłem czosnkowym zamiast zwykłej, ale nie każdy sklep to oferuje.

Po 20 minutach w kuchni mamy koktajle i przekąski dla gości.
Planowałam udekorować smoothiesy bitą śmietaną, ale dowiedziałam się, że część gości nie toleruje mleka, więc ostatecznie dałam sobie spokój, a szkoda, bo wyglądałoby cudnie :)





Photos by My Fashion Blog

czwartek, 13 września 2012

Zakupy grupowe, czyli oszustwa Gingantów na G

Okazja, trąbi nagłówek z newslettera. Tylko u nas kupisz to 80% taniej!
Tu każdemu rozsądnemu człowiekowi powinna zapalić się czerwona lampka - nikt nie sprzeda Ci swojej usługi 80% taniej. Ale my mamy kryzys, oszczędzamy gdzie i jak tylko możemy. Brniemy więc ślepo jak stado lemingów w blichtr krainy okazji i rabatów. Kiedy mamy jeszcze do wyboru - nie pójść do sklepu z wyprzedażą, możemy uniknąć kupna bele czego, bo było tanie. Gorzej sprawa się ma, gdy sprytni marketingowcy ofertę podstawiają Ci pod sam nos do porannej kawy. Wystarczy kliknąć i już jest Twoje. Bez wychodzenia z domu, bez zdejmowania bamboszy. Usługę odbierasz drogą internetową, albo paczką, którą kurier przynosi pod same drzwi. Teraz pozostaje tylko cieszyć się z własnego sprytu i niesamowicie okazyjnego zakupu, który na pewno się przyda.

A jak jest w praktyce?
Wystarczy porównać ceny produktów przecenionych o 70% z cenami sklepowymi. Różnicy nie ma wcale, albo jest stosunkowo niewielka. Niemal zawsze pierwotna cena jest horendalnie wywindowana, by ta po przecenie była raz wyższa raz niższa od ceny rynkowej, ale zawsze mocno zbliżona.

Co z usługami oferowanymi często 80% taniej? Masaż, doczepianie rzęs, manicure, projekt strony internetowej - tu tez da się klienta nabić w butelkę, co usługodawcy z lubością czynią.

Sama jestem ofiarą... mody, społeczną, ale przede wszystkim ofiarą własnej naiwności.
Przecież nie jest drogo. Warto spróbować. Najwyżej nie pójdę, ale to okazja. Nie mogę jej przegapić.

Tak oto zakupiłam rok temu dwa projekty stron internetowych. Oferta brzmiała bez zarzutu- indywidualny projekt, system CMS, zbudowanie całej strony od podstaw, hosting, firmowy email.
Jak było w praktyce?
Hosting faktycznie dostałam, bo serwis nazwa.pl miał promocję konto za 0zł. Co do strony jednak, tuż przed jej wykonaniem zaczęły się schody - tego nie możemy, to jest niewykonalne, tego nie było w opcji zakupu, musiała Pani źle przeczytać. Czytałam dobrze, później czytał mój prawnik z identycznym skutkiem. Okazało się, że w praktyce firma SIN**APH (posiadająca notabene fatalną opinię wśród byłych jej pracowników), która zainkasowała między 500 a 1000zł może mi udostępnić swój gotowy szablon - bardzo prosty i brzydki- bez możliwości dokonania jakichkolwiek zmian poza kolorystyką i banerem na górze strony. Zaznaczę jeszcze, że tego typu szablony, ale profesjonalnie wykonane, można zakupić za 50$, a ich wybór jest niemal nieograniczony. Jeden z Gigantów na G (ten bardziej pomarańczowy niż zielony) reklamację odrzucił, ponieważ "nikt inny się nie skarżył". Pewnego dnia się zdenerwuję, napiszemy pozew i odzyskam te głupie kilkaset złotych. Chociażby dla własnej satysfakcji, by nie czuć się kolejnym nabitym w butelkę frajerem.

Czy wyniosłam z tego jakąś naukę? A jak myślicie?
Oczywiście, że nie. Nadal z lubością przeglądałam poranne newslettery, ale już nieco bardziej sceptycznie. Kupiłam więc ultradźwiękową liposukcję, której jak się później okazało Pani w SPA nie umiała wykonać. Później masaże, na które nie dojechałam, ale to przecież tylko 19zł. Kolejne masaże za nieco większe pieniądze, ale były tak daleko... Bilety do Zoo, do którego nigdy nie dotarliśmy, bo narzeczony nie miał kiedy.
Wszystko było "stosunkowo niedrogie", więc i wyrzuty sumienia niewielkie.

Ostatnimi czasy, jako, że skończył się mój karnet u ulubionej masażystki, pozwoliłam znów zaczarować się jarmarcznym blaskiem okazji. Wykupiłam pakiet dwunastu masaży. I tu zaczyna się cała historia.
Dzielnica nie musi świadczyć o poziomie salonu kosmetycznego, więc nie zniechęcał mnie smród uryny zalatujący z każdej mijanej bramy.
Pod wskazanym na kuponie adresem znalazłam rdzewiejący, różowy potykacz z nazwą "studia" - tu zaczęła się równia pochyła. Pomieszczenie małe, ot salonik fryzjerski w slumsach. Nie widziałam jednak, gdzie mógłby znajdować się pokój z łóżkiem do masażu, poza wydzieloną w kącie mikro kanciapą, przesłoniętą krzywą, starą zasłoną. Usiadłam oczekując na resztę wydarzeń. Przez 20 minut nikt nie podszedł, nie zaproponował wody, kawy, herbaty (a przecież to już w salonach norma). Zza zasłony wybiegły dwie Panie, jedna z nadmierną opalenizną i kolorowymi tipsami. Nie, oczywiście, ze nie miały białych uniformów jak kosmetyczki).  Zajęły się kolejną klientką, a ja sobie siedziałam, siedziałam...  W końcu jedna w niewyszukanym geście uderzyła druga w ramię i pokazała na mnie palcem coś do niej mówiąc. Tamta się obejrzała. Chwilę później zaprosiły mnie za zasłonę, gdzie w klaustrofobicznych warunkach mogłam podziwiać między innymi smród wilgoci, stara miskę, jakieś pudła, wentylator. Do szczęścia brakowało jedynie wiadra z mopem. 
Łóżko było, owszem, ale niczym nie nakryte, nie zdezynfekowane, o jednorazowych podkładach można w takich warunkach raczej zapomnieć. Kładziono na nim każdą kolejną klientkę (prawie nago). Czy bańki zostały umyte? Nie mam pojęcia, nie widziałam. Skóry nie zdezynfekowano mi jak w innych salonach, a masaż trwał ok 7-8 minut. Panie masowały we dwie, a ponieważ miał tylko jeden zestaw baniek - każdą nogę robiono innej wielkości bańką. Reasumując - minuta u mojej masażystki, gdzie wszystko jest nowe, czyste, jednorazowe, a klientki zasypiają wśród zapachu olejków kosztuje dokładnie tyle samo, co minuta w tym slumsie, który pewnego dnia zamknie  sanepid.
Nazwy nie podaję, bo się zwyczajnie boję pisać źle o ludziach z takiej dzielnicy...

Nabyłam tez kiedyś kupon na przedłużanie rzęs metodą 1:1. Zabieg taki trwa około dwóch godzin. Jeżeli stylistka jest wybitnie szybka - półtorej. Na okazję z zakupów grupowych możemy przeznaczyć 15 do 20 minut. Tyle średnio zajmuje Pani specjalistce posklejanie naszych własnych rzęs w kupę i doczepienie kilkunastu sztucznych. Moją opinię podzieliła pewna kosmetyczka, z którą miałam okazję rozmawiać. Też dała się złapać na okazję.

Dziś, jak co rano, przy saunie gorącej herbaty (Lubicie nachylać zaspaną twarz nad kubkiem? Ja uwielbiam. ) Otworzyłam jak reszta lemingów skrzynkę pocztową, pełną gotowych promocji czekających tylko, by wskoczyć mi do kieszeni. Po ostatniej przygodzie zaczęłam bardzo sceptycznie patrzeć na tańczące, kolorowe rabaty wyłaniające się z kolejnych subskrypcji. Po odhaczeniu wszystkich i wyrzuceniu do kosza zrodziło mi się w głowie proste pytanie: Czy pamiętam, bym kiedykolwiek trafiła na grupowych zakupach okazję? Taką prawdziwą, z której każda łowczyni byłaby dumna. Zakupiłam w sumie kilkanaście rożnych ofert, z których 90% okazało się totalnym nieporozumieniem. Pamiętam jednak trzy, z których mogę być dumna. Kamera sportowa w sieci RedBull Mobile, trwała ondulacja rzęs (ostatnio pokazywałam na blogu) i 50/50 dla oferty usuwania znamion, bo została wykonana mało precyzyjnie przez kogoś, kto mam wrażenie jeszcze się uczył...
A teraz spójrzmy okiem starszego, rozsądnego człowieka. Najlepiej psychologa.
Czy któraś z powyższych rzeczy była Ci do czegokolwiek potrzebna, niezbędna? Czy zmieniła Twój byt na lepsze? Poprawiła Ci samopoczucie na dłużej niż chwilę?

Odpowiedzcie sobie same.
Ja chyba dojrzałam do pożegnania Grupowych Gigantów.

By My Fashion Blog

piątek, 7 września 2012

Mój Wielki, mały Świat

Nie zawsze jest różowo. Czasem trzaskasz słuchawką, czasem drzwiami. Czasem masz ochotę wziąć klienta za łeb i tłuc nim o ścianę, albo własnym.. z bezsilności wobec nieskończoności ludzkiej głupoty. Zdarzają się też oszuści, krętacze, wyzyskiwacze, z którymi kończysz w sądzie. Polecam blog juniorbrandmanager.blogspot.com, który genialnie ilustruje wszechmiar frustracji, które próbuję opisać.
A czasem.... tak jak wczoraj... masz ochotę im płacić, żeby zawsze z Tobą pracowali, albo zatrudnić się do podawania kawy i noszenia kabli.
Na 90% sesji i produkcji wszyscy są mili bądź neutralni. Zdarzają się wyjątki, głównie wśród klientów, czasem wizażystek i modelek.
Wracając... Paulinka oczywiście popełniła wielkie Faux Pas już na starcie ucinając krótko rozmowę telefoniczną chamskim komentarzem. Co mnie naszło i dlaczego to zrobiłam... pozostanie wieczna tajemnicą. Może czasem muszę odświeżyć stereotyp, że modelki SĄ głupie. Na szczęście producent okazał się człowiekiem bardziej zrównoważonym niż ja i oddzwonił po raz drugi.

Tak oto wylądowałam czwarty raz w życiu w studiu nagraniowym. Moje wspomnienia odnośnie telewizji są raczej kiepskie, więc oczekiwałam gehenny. Pamiętam paraliżującą atmosferę w siedzibie TVN, gdzie na widok ogromnych kamer z telewizorami (nie wiem jak to się nazywa) na elektrycznych statywach i głosu z sufitu, który mówił mi co mam robić całkowicie zapomniałam tekstu i stałam ze stopami skrzyżowanymi do środka, nerwowo wbijając paznokcie w ramię. Oczywiście nie oddzwonili, nie po moim występie a'la Dziewczynka z Zapałkami. Ochrona, przepustki, bramki... podziękuję, jestem ze wsi. Później była niskobudżetówka dla HBO. Studio dupy nie urywało, atmosfera była taka se. Totalna dezorganizacja, a aktorzy snuli się godzinami z kąta w kąt nie mając co ze sobą zrobić, ani gdzie usiąść. Jak na gwiazdę (ironizuję) przystało, wyjechałam z planu z wielkim Boom - karetką ;) Choć wtedy nie było mi do śmiechu... Później była prawdziwa gehenna. Zadupie, zimno, jakiś samotny domek i jedna kamera, więc każde ujęcie musiałam powtarzać po kilka razy, żeby w montażu wyszło NORMALNIE, a nie jak u cioci na imieninach. Klient nie zaszczycił nas swoją obecnością, ale każdy najdrobniejszy szczegół, jak chociażby buty do stroju, trzeba było wysyłać mu mailem. Do tego wizażystka... ahh cud, miód. Malowała kosmetykami po 5zł (to jest niemal niedopuszczalne w tym zawodzie...), a pędzle... miała lepkie z brudu. Lepkie i odbarwione. Robiło mi się mdło, kiedy jeździła mi nimi po twarzy... o efekcie końcowym, pozwólcie, że nie wspomnę...

Aż w końcu trafiłam na tę ekipę:



Zarzucam przypadkową kompilację z ich kanału Youtube.
Po pierwsze poczułam się jak conajmniej Kate Moss. Zostałam oprowadzona, pokazano mi jeden barek, drugi barek, dostałam drinka na rozluźnienie, ciagle pytano mnie czy wszystko w porządku, później kolejnego, jeszcze trzeciego i czwartego na planie :) Co chwile ktoś przynosił mi szlafrok.

W przeciwieństwie do wielu wizażystek, które charakteryzowały modelki na Ssaka leśnego, tudzież Grzybiarkę importowaną ze wschodu, wczorajsza (miała takie trudne imię na A.. nie pamiętam :( ) pytała mnie o makijaż, brwi, włosy, usta. O wszystkim mogłam zadecydować sama, wiec i efekt końcowy był super i ja się dobrze czułam. (Ciężko jest się uśmiechać i być naturalną , kiedy nie możesz przestać natrętnie myśleć o tym, jak Cię właśnie oszpecono). Ciuchy były fajne, a wszyscy na prawdę bardzo, bardzo mili. Zdarza się, że ktoś fuka, że tu mam zmarszczkę, a tam cellulit. Tu w ogóle nie było mowy o takiej sytuacji. To, co mnie uderzyło na wejściu, to, profesjonalizm. Jeśli można powiedzieć, że po kimś widać filmówkę, to po nich właśnie było ją widać. Z wczorajszego doświadczenia wnioskuję, że można bez strat połączyć luzactwo i profeskę w jednym.
Co dla mnie ważne, nie zauważyłam tam (stolyca) kompleksu (pod)WarszaFFki, objawiającego się jednoczesnym używaniem iPhona (białego), iPoda (to już nie lans, ale mieć trzeba tak jak mleko w lodówce), MacBooka (koniecznie Air) i iPada (biały, musi być biały by był lans!!!).
Wracając.. było bardzo przyjemnie, bardzo konkretnie i jednocześnie bardzo luzacko. Na planie byli specjaliści z danej dziedziny, którzy wszystko za mnie robili, czyścili, podawali, pokazywali.
Nie usłyszałam słowa krytyki, poganiania, a wręcz jeszcze pochwałę. I mimo tego, że była chwila opóźnienia, nie nudziłam się ani minuty.

TAK, to ja chcę pracować zawsze!!!



By My Fashion Blog


środa, 5 września 2012

Skazany na sukces


Black Swan... skazany na sukces?
Skopiuj wzniosły temat od klasyków gatunku, dorzuć dwie piękne, znane aktorki i namiętność między nimi, a wszystko pokaż w bezpiecznie grzecznej, różowiutkiej wersji, na którą rodzice zabiorą swoje nastolatki do kina i chętnie obejrzą do obiadu zamiast M jak miłość, uznając za dzieło ambitne.
Czarny Łabędź zrobił zapewne furorę wśród bezwolnych fanek mądrości Paulo Coehlo.
I tutaj znowu ta sama sytuacja. Gdybym pierwszy raz zetknęła się z ukazaniem na ekranie schizofrenii z pierwszej osoby, może i byłabym zachwycona (i jakże uboga kulturalnie).
Jednak Rolad Topor opisał to kilkadziesiąt lat temu w Chimerycznym Lokatorze, a Polański zekranizował. Bez cenzury, lukru i pięknych bohaterek, które spełniając marzenie każdej małej dziewczynki tańczą w balecie. Wiele lat później był The Jackett, którego ugrzecznioną kopią jest Black Swan, ale on miał wzruszającą misję, podczas której kibicowaliśmy bohaterowi. Po drodze było wyciskające łzy Vanilla Sky. W latach osiemdziesiątych Phillip K. Dick zastanawiał się nad tym, co jest na prawdę (Ubik, Trzy Stygmaty Palmera Eldritcha, Total Recall), podobnie jak Beksiński... I tu nagle Czarny Łabędź, który pozostawił mnie z niczym poza odczuciem, że Natalie Portman świetnie zagrała tancerkę. Wyrastające z pleców skrzydła też były... w bestsellerze Aprilynne Pike, który pojawił się półtora roku prze premierą Łabędzia.
Mam wrażenie, jakoby reżyser odnosił się do naszych najbardziej prymitywnych uczuć (współczucie, wrażliwość) niczym Wajda, czego nie zniosę. Zabrakło haczyka, czegoś co zespoli widza z bohaterem. Film ogląda się zupełnie bez emocji. Jest sterylnie przezroczysty.

Moja recenzja jest bardzo subiektywna, (bo film mnie zawiódł na całej linii), ale na tle tego, co dziś wychodzi z Hollywood - jest całkiem dobry i wielu osobom się spodoba.
Co do Arnofskyego, tylko jeden jego film - Requiem(...) poruszył mnie ogromnie, natomiast zarówno Zapaśnik jak i Black Swan, notabene filmy z identycznym motywem przewodnim i zakończeniem, mocno mnie zawiodły.

Obiektywnie daję mu 4 na 5.
Subiektywnie, dla znawców gatunku oceniam na 2 z 5.

 


Jeśli macie ochotę na film o dwóch rzeczywistościach, wielkiej, rosnącej z minuty na minutę tajemnicy i niesamowitych zbiegach okoliczności - polecam Don't look back "Ne Te Retourne Pas" z Sophie Marceau i Monica Bellucci. Pozycja raczej babska ;)




By My Fashion Blog

Total Recall 2012


Total Recall 2012, (ponoć nie jest to remake filmu z Arnoldem Schwarzeneggerem i Sharon Stone z 1990 roku), a (jak poprzedni) kolejna ekranizacja jednego z opowiadań Phillipa K. Dicka...
No właśnie, K.Dick i jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny klimat jego dzieł. Wchodzisz w ten świat gładko, jakby do książki dołączano papierek z LSD. Autor pisze tak przewrotnie, że co kilkadziesiąt stron zmieniasz swoje przekonania odnośnie halucynacji/snu i spisku, a rzeczywistości i prawdy. Na koniec zostawia Cię z otwartą głową i tysiącem domysłów, bo każda wersja jest możliwa. A może jest jeszcze kolejna, której nie zauwazyłeś?
K. Dick nadużywał amfetaminy, często pisał na ciągach, a w wielu tematach widzę, jako osoba, która niegdyś nie stroniła od używek, ogromny wpływ psychoz wywoływanych narkotykami. Nie od dziś wiadomo, że wielcy artyści byli często szaleńcami.
K. Dick za życia nie doczekał się żadnej ekranizacji. Zmarł na krótko przed premierą Blade Runnera.

Czy jestem za odświeżaniem filmów z lat 80tych, 90tych? Mam mieszane uczucia. Również w tym przypadku. Pierwsza ekranizacja miała wiele niedopowiedzeń, pozostawiała naszej wyobraźni ogromne pole do manewru. Ta jest podana na tacy. Narzuca nam taką, a nie inną wersję wydarzeń - trochę jak zestaw z McDonalda w porównaniu do własnych eksperymentów kulinarnych.
Dużym plusem jest dla mnie zachowanie klasycznego klimatu cyber punk - miasto wygląda jak chińska dzielnica wyjęta z Blade Runnera, a elementy Zjazdu, jak połączenie Sulaco (Aliens) z więzieniem na Fiorina Fury 161 (elektryczne śluzy zamiast drzwi - Alien3).
Przyczepić mogę się, poza opisaną papką, do prędkości akcji. Ponad połowę filmu jesteśmy bombardowani szybko pociętymi ujęciami, dającymi efekt ogromnej dynamiki... ale na dłuższą metę nużącymi. Później sprawa ma się lepiej - jest na przemian szybko i wolno, więc mamy chwilę, by wzrok odpoczął.
Odczułam pewną manierę Lena Wisemana, który notabene oczywiście wcisnął w główną rolę swoją żonę (jak zwykle ubraną w obcisłą czerń i gorset). Główni bohaterowie poruszają się równie komiksowo, jak jego wampiry i wilkołaki z serii Underworld, co tam, było ogromnym plusem, tutaj... mnie osobiście trochę razi.

Reasumując - z psychodelicznego opowiadania, zrobiono futurystyczny film akcji.
Nie jest to zły film, absolutnie. Po prostu nie jest to dzieło na miarę K. Dicka.
Gdyby była to pierwsza ekranizacja i nie miałabym porównania z wersją z 1990 roku, być może oceniłabym film nieco wyżej.
Czy warto iść do kina? Myślę, że tak, chociażby po to, by wyrobić sobie swoją własną opinię.
Nie będzie to na pewno strata dwóch godzin, nie wynudzicie się. Po prostu film, jakich wiele. Raczej nie podyskutujemy o nim ze znajomymi. Obejrzymy i zapomnimy.

Moja ocena 3,5 na 5.



By My fashion Blog

poniedziałek, 3 września 2012

Maxi dress


 Kurteczka - H&M
Sukienka - H&M
Pasek - Levi's



 Photos by My Fashion Blog